Drukuj
Kategoria: Gran Canaria
Odsłony: 15198

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Wyspy Kanaryjskie - rozdział drugi. Pierwsza noc i pierwsze kroki w nowym świecie.


Lotnisko oddalone jest od miasta Las Palmas de Gran Canaria o ponad dwadzieścia kilometrów, zatem jazda trwała dosyć krótko. Wysiedliśmy w północnej części miasta w podziemnym dworcu autobusowym Santa Catalina. Po wyjechaniu z dworca ruchomymi schodami przytuliliśmy się do pierwszej napotkanej palmy. W końcu ona jedyna była chętna się z nami przywitać :-)

Skierowaliśmy się w stronę plaży Alcaravaneras, bowiem blisko niej właśnie znajdował się następny punkt naszej podróży - hostel Falow, który udało nam się znaleźć wcześniej w Internecie. Jego zaletą jest najniższa w całym mieście (tak sądzę) cena za nocleg. Człapaliśmy powoli obciążeni prawie dwudziesto-kilogramowymi plecakami. Po kilku odpoczynkach dowlekliśmy się jednak do ulicy Alfredo Calderon numer 25. Po opłaceniu noclegu załadowaliśmy się do naszego dwuosobowego pokoju. Nie był to żaden luksus, jednak nie było też źle. Okno wychodziło na malutkie wewnętrzne patio a nie na ulicę, jednak pokój miał swoją łazieneczkę, ubikację i było względnie czysto. Za cenę 16 Euro za dwie osoby było wręcz idealnie. Przez najbliższe dni a właściwie noce, miał to być nasz tymczasowy dom.

Zaraz potem poszliśmy poszukać jakiegoś sklepu aby kupić coś na kolację. Niedaleko znaleźliśmy wielki, piętrowy dom towarowy "El Corte Ingles" (znana hiszpańska sieć). Kupiliśmy słoiczek dżemu, wodę i świeże bułeczki. Później na stoisku z telefonami komórkowymi nabyliśmy dwa startery z kartami SIM, do zabranych z Polski telefonów. Każdy ze starterów firmy Vodafone kosztował 20 Euro ale od teraz mieliśmy już hiszpański numer, konieczny jeśli chce się szukać pracy.

Drugiego dnia wybraliśmy się na wielkie łażenie po mieście. Po południu tak nas bolały nogi, że zdecydowaliśmy się na zakup rowerów. Niestety, rowery były w Las Palmas dosyć drogie, a dowiedzieliśmy się, że w okolicznym mieście Telde (drugie co do wielkości po Las Palmas) jest wielki hipermarket Alcampo (ta sama marka i właściciel co znany w Polsce Auchan). Pojechaliśmy tam więc autobusem, znaleźliśmy hipermarket i kupiliśmy dwa rowerki górskie po 70 Euro za sztukę. Jazda powrotna do Las Palmas na rowerach nie wchodziła w rachubę ponieważ było już ciemno, a dwupasmówką na rowerach jechać przecież nie będziemy. Zdecydowaliśmy się więc wracać autobusem z rowerami w bagażniku. Odjeżdżał on z przystanku oddalonego o jakieś pięć kilometrów od Alcampo, pozostało nam się więc przejechać ten kawałek (pod górkę) po ciemku na rowerach. Kiedy dowlekliśmy się wreszcie błądząc trochę po drodze, jak na złość pierwszy autobus który przyjechał był mały, drugi też. Już myśleliśmy, że wszystkie autobusy na tej trasie są takie, jednak wreszcie ku naszej uldze przyjechał większy z pojemnym bagażnikiem. Kierowca nie miał nic przeciwko zabraniu rowerów, nawet dopłacać nie musieliśmy.

Następne dni spędziliśmy jeżdżąc po mieście, szukając pracy i jakiegoś tańszego lokum. Dowiedzieliśmy się, że na wyspie jest kilku polskich księży. Znaleźliśmy namiary na jednego z nich, księdza Luisa. Pojechaliśmy więc do niego aby pogadać, może coś nam doradzi. Był bardzo zaskoczony, kiedy przywitaliśmy go tekstem "dzień dobry, słyszeliśmy że jest ksiądz Polakiem?". Ksiądz Luis doradził nam żebyśmy się skontaktowali z innym polskim księdzem Matiasem (ksiądz Maciek), który ma swoją parafię w okolicznym miasteczku. Zaoferował się też, że może nam pomóc w nauce języka, jako że z hiszpańskim kontakt ma już od osiemnastu lat. Wcześniej mieszkał w Argentynie, a na Kanarach przebywał dopiero od roku. Od tego więc dnia prawie codziennie wieczorem spędzaliśmy u niego dwie godziny na pilnej nauce języka. Było to na pewno bardzo przydatne, bo te wcześniejsze cztery miesiące nauki na własną rękę nie były wystarczające.

W znalezieniu pracy bardzo pomógł nam przypadek (jeśli nie przeznaczenie). Razu pewnego przejeżdżaliśmy obok przystani jachtowej (Muelle Deportivo), kiedy Ula zauważyła duży katamaran o polskiej nazwie "Wyspa Szczęśliwych Dzieci". Podjechaliśmy tam i zagadnęliśmy kobietę, która znajdowała się na pokładzie w towarzystwie dwójki małych dzieci. Okazała się bardzo sympatyczną Polką, powiedziała nam że jest tu tylko chwilowo, ale możemy pogadać z panią Elą, pracującą w pewnym sklepie. Drugiego dnia wybraliśmy się do pani Eli, jednak okazało się że jest już za późno, bo pracuje ona tylko do godziny czternastej. Następnego dnia udało nam się z nią spotkać i porozmawiać. Przywitała się z nami serdecznie i kiedy dowiedziała się, że szukam pracy powiedziała, że pewien Polak ma firmę budowlaną i z nim porozmawia. Jeszcze tego samego wieczora zadzwonił on do mnie i kazał przyjść następnego poranka do pracy :-)

Szybko udało nam się też znaleźć pokój do wynajęcia. Za dwieście Euro na miesiąc byliśmy więc już prawie na swoim. Po rozmowach telefonicznych z dziećmi i rodziną zdecydowaliśmy, że dzieci skończą rok szkolny w Polsce. Kupiliśmy im więc bilety na czerwiec i od tego czasu pozostało nam się tylko uczyć języka, pracować i czekać na dzieci. Kiedy do czerwca było już coraz bliżej zaczęliśmy poszukiwania mieszkania do wynajęcia. To również uwieńczone zostało sukcesem, znaleźliśmy niedrogie mieszkanie, do którego mogliśmy się wprowadzać od maja. Wydawało się, że wszystko się układa jak za dotknięciem magicznej różdżki. Mówią że wystarczy chcieć i wierzyć. Niektórzy powiedzą: "No jak to, życie nie jest przecież takie różowe...". Czy los pomiesza nam szyki? Aby się tego dowiedzieć przeczytaj następny rozdział :-)

Czytaj dalej...